- Dlaczego tak często oceniamy reakcję ofiary? -

 
- Dlaczego tak często oceniamy reakcję ofiary? -
 

Ofiara nie musi reagować idealnie, spokojnie i elegancko, gdy jest poddawana przemocy. 

Kiedy reakcja ofiary staje się większym problemem niż przemoc.

 

W ostatnim czasie znalazłam się w sytuacji publicznego ataku i obserwując reakcje na własną reakcję, zaczęłam zastanawiać się nad pewnym zjawiskiem.
Ktoś atakuje człowieka. Wyśmiewa jego pracę, dorobek, intencje, podważa jego wiarygodność. Wystawia go przed tłum. Uruchamia lawinę komentarzy, ocen i osądów. Czasem robi to wobec osoby, której nie zna i z którą nigdy nie rozmawiał.
A potem…
kiedy osoba zaatakowana reaguje, okazuje gniew, stawia granicę albo nazwie sprawcę swojego cierpienia w sposób daleki od dyplomatycznego języka, uwaga przenosi się na nią.
Nie analizuje się ataku ani skali wyrządzonej szkody. Nie analizuje się też publicznego upokorzenia ani konsekwencji psychicznych, zdrowotnych i zawodowych. Analizuje się jej reakcję. I to mnie ostatnio zatrzymało.
Dlaczego reakcja osoby skrzywdzonej bywa oceniana surowiej niż działania, które tę reakcję wywołały?
Dlaczego od osoby atakowanej oczekuje się niemal nadludzkiego spokoju, opanowania i elegancji?
Dlaczego ktoś może przez długi czas bezkarnie przekraczać cudze granice, a największym problemem staje się później jedno mocne słowo wypowiedziane przez osobę, która została zraniona?
Nie twierdzę, że osoby skrzywdzone reagują zawsze „idealnie“ i nie twierdzę, że gniew jest „piękny“.
Ale twierdzę, że ludzie mają prawo do gniewu, kiedy zostają upokorzeni i mają prawo bronić swojego dobrego imienia. Mają też prawo mówić o krzywdzie oraz stawiać granice.
I nie muszą przechodzić przez to wszystko w absolutnej ciszy tylko dlatego, że komuś bardziej przeszkadza ich reakcja niż przemoc, która tę reakcję wywołała.
Bardzo łatwo jest powiedzieć: „nie powinnaś była tak reagować”. Za to trudniej jest zapytać:
„Co musiało się wydarzyć, że człowiek został doprowadzony do takiego stanu?”. I to wydaje mi się najważniejsze.
Bo mam wrażenie, że żyjemy w kulturze, która często znacznie dokładniej analizuje reakcję ofiary niż działania, które ją zraniły. A na to nie potrafię się zgodzić - bo to odwracanie porządku rzeczy.
Sytuacja, w której agresja wobec ofiary jest pomijana lub bagatelizowana, podczas gdy reakcja ofiary staje się głównym przedmiotem oceny, naprawdę budzi mój najgłębszy sprzeciw.
Istnieje różnica między systematycznym atakowaniem, wyśmiewaniem, poniżaniem i mobilizowaniem innych przeciwko komuś, a reakcją osoby, która po długim czasie takiego traktowania nazywa swoje doświadczenie i opisuje, jak postrzega sprawcę swoich cierpień.
To nie oznacza, że reakcja ofiary nie podlega ocenie. Ale niebezpieczna jest sytuacja, gdy większość uwagi zostaje przeniesiona z ataku na jedno zdanie wypowiedziane przez osobę atakowaną.
Czy naprawdę stawiamy znak równości między osobą inicjującą np. publiczny atak a osobą, która reaguje na ten atak?
Uważam, że i tak za często osoby po przemocy najpierw są krzywdzone, a otem słyszą, że „przesadzają” bądź że „źle reagują”.
Na końcu są jeszcze rozliczane z własnego bólu oraz sposobu, w jaki próbowały się bronić.
Tak nie może być. Ten temat dotyczy nie tylko internetowych konfliktów, ale też przemocy domowej, mobbingu, przemocy seksualnej, doświadczeń osób po traumie oraz dzieci wychowywanych w przemocowych środowiskach. Za często pojawia się pytanie: „dlaczego tak zareagowała?”, zamiast pytania: „co ją do tego doprowadziło?”.
Zajmuję się traumą, odzyskiwaniem głosu, stawianiem granic i procesem zdrowienia po przemocy od prawie dwudziestu lat. Od lat mówię o własnym doświadczeniu jako o przykładzie szerszego zjawiska. Tak też jest i tym razem.
Dlatego ten post nie jest tylko o hejcie w internecie. Jest o granicach, prawie do obrony i o tym, jak społeczeństwo reaguje na gniew osób zranionych.
Agata