- PUBLICZNE INTERPRETOWANIE PSYCHIKI INNYCH LUDZI - PROBLEM, O KTÓRYM TRZEBA ZACZĄĆ ROZMAWIAĆ -

 
- PUBLICZNE INTERPRETOWANIE PSYCHIKI INNYCH LUDZI - PROBLEM, O KTÓRYM TRZEBA ZACZĄĆ ROZMAWIAĆ -
 
Chciałabym poruszyć problem, który moim zdaniem ma charakter nie tylko indywidualny, ale i strukturalny.
Coraz częściej obserwuję sytuacje, w których psychologowie oraz psychoterapeuci publicznie interpretują psychikę człowieka, którego nie znają, nie badali, nie prowadzili terapeutycznie i z którym nie pozostają w żadnej relacji zawodowej.
Uważam, że warto rozpocząć poważną dyskusję o granicach kompetencji i odpowiedzialności zawodowej w przestrzeni publicznej oraz o potrzebie wypracowania bardziej precyzyjnych ram dla takich zachowań.
W niektórych komentarzach pod moimi postami pojawiają się sugestie, że źródłem mojego cierpienia mogą być wcześniejsze doświadczenia, schematy poznawcze czy objawy CPTSD, a nie aktualne wydarzenia.
To nie jest zwykła opinia.
To jest forma interpretacji psychologicznej.
Problem polega na tym, że:
- nie byłam pacjentką tych osób,
- nie wyraziłam zgody na analizowanie mojej psychiki,
- osoby te nie znają mojej dokumentacji,
- nie znają przebiegu mojego leczenia,
- nie znają pełnego kontekstu sytuacji,
- nie znają mojego życia,
- a mimo to publicznie proponują wyjaśnienie stanu psychicznego nieznanego sobie człowieka.
Takie wypowiedzi nie są neutralnym głosem w dyskusji.
Są publiczną interpretacją człowieka przez pryzmat wiedzy psychologicznej.
Istnieje również ryzyko, że osoba postronna odczyta taki komunikat w następujący sposób:
„Problem nie leży w tym, co ją spotyka, ale w niej samej.”
Temu się sprzeciwiam.
Nie dlatego, że neguję znaczenie terapii czy wpływ przeszłości na obecne funkcjonowanie człowieka.
Sprzeciwiam się temu dlatego, że nie zgadzam się na automatyczne przesuwanie uwagi z bolesynych wydarzeń na psychikę osoby zgłaszającej krzywdę.
To bardzo istotna różnica.
Nie chodzi o to, kto ma rację.
Nie chodzi o ocenę konkretnych osób.
Chodzi o pytanie o granice kompetencji i odpowiedzialności w przestrzeni publicznej.
Niepokoi mnie również zjawisko, które można nazwać "psychologizowaniem konfliktu".
Polega ono na tym, że zamiast rozmawiać o konkretnych działaniach, faktach, słowach i ich konsekwencjach, zaczyna się analizować stan psychiczny osoby, która o nich mówi.
W efekcie pytanie:
„Czy ta osoba rzeczywiście została skrzywdzona?”
zostaje zastąpione pytaniem:
„Dlaczego tak to przeżywa?”
Są to dwa zupełnie różne pytania.
Zamiast pytać:
„Co się wydarzyło?”
zaczyna się pytać:
„Co jest z nią nie tak?”
To nie jest dialog, to nie jest ciekawość. i to nie jest szacunek.
To przesunięcie uwagi z zachowań i faktów na człowieka.
Zamiast odnieść się do pytania:
„Czy rzeczywiście doszło do krzywdzących działań?”
uwaga zostaje skierowana na pytanie:
„Czy sposób, w jaki ta osoba to przeżywa, nie wynika bardziej z jej psychiki?”
Tak nie powinno wyglądać prowadzenie publicznej rozmowy.
Uważam, że jest to forma delegitymizowania doświadczenia człowieka.
To trochę tak, jakby mówić:
„Być może problem nie polega na tym, co się wydarzyło, ale na tym, jak to interpretujesz.”
Dla osoby cierpiącej może to brzmieć jak podważanie realności jej doświadczeń.
Mam głęboki sprzeciw wobec sytuacji, w której wiedza psychologiczna staje się narzędziem do publicznego interpretowania konkretnego człowieka.
Istnieje bowiem zasadnicza różnica między próbą pomocy i zrozumienia, a interpretowaniem człowieka bez jego zgody.
To tworzy również poczucie nierówności pozycji.
Jeżeli jedna osoba opowiada o własnym doświadczeniu, a po drugiej stronie stoi ktoś posiadający tytuł psychologa lub psychoterapeuty, odbiorcy mogą automatycznie przypisywać większą wiarygodność osobie wykonującej zawód pomocowy.
Nawet wtedy, gdy nie zna ona wszystkich faktów.
Może to prowadzić do sytuacji, w której nie toczy się rozmowa dwóch równorzędnych osób, lecz jedna ze stron uzyskuje dodatkowy autorytet wyłącznie dzięki swojej profesji.
I właśnie ten element — a nie sama wiedza psychologiczna — stanowi sedno mojego sprzeciwu.
Nie atakuję psychologów ani psychoterapeutów jako grupy zawodowej.
Stawiam natomiast pytanie o granice odpowiedzialnego korzystania z autorytetu zawodowego w przestrzeni publicznej.
Jeżeli ktoś napisze:
„Nie zgadzam się z Pani oceną sytuacji.”
jest to zwykła opinia.
Jeżeli jednak pisze:
„Być może źródło Pani cierpienia leży w nierozwiązanych doświadczeniach z przeszłości i powinno być przedmiotem terapii.”
wkracza już na teren interpretowania psychiki konkretnego człowieka.
To nie jest wyłącznie problem psychologii.
Podobne zjawisko występuje wszędzie tam, gdzie ekspert zaczyna tłumaczyć człowieka zamiast odpowiadać na to, co ten człowiek mówi.
Dlatego apeluję do osób wykonujących zawody pomocowe o szczególną powściągliwość w przestrzeni publicznej.
Wiedza psychologiczna daje możliwość lepszego rozumienia ludzi.
Nie daje jednak prawa do publicznego interpretowania ich życia, motywacji czy stanu psychicznego bez kontaktu z nimi, bez znajomości ich historii i bez ich zgody.
Każdy człowiek ma prawo do własnego głosu.
Każdy człowiek ma prawo opisywać swoje doświadczenia bez obawy, że zostanie publicznie zaszufladkowany, zinterpretowany lub sprowadzony do hipotetycznych procesów zachodzących w jego psychice.
Szacunek zaczyna się tam, gdzie kończą się domysły na temat cudzego wnętrza.
Być może nadszedł czas, aby środowiska psychologiczne, psychoterapeutyczne i organizacje zawodowe rozpoczęły szerszą dyskusję na temat standardów publicznego wypowiadania się o osobach, które nie są ich pacjentami.
Uważam, że jest to ważny problem etyczny i społeczny, który zasługuje na uwagę oraz wypracowanie jasnych ram postępowania.
Agata Norek